Podróże w czasie, atomowa apokalipsa, mutanci, androidy, podziemne miasto i jedna z najbardziej pomysłowych pętli czasu w kinie science fiction lat 60. „The Time Travelers” wygląda tanio, momentami jest naiwny, a mimo to wciągnął mnie bardziej niż niejeden współczesny blockbuster.
Kiedy pomysły są większe od budżetu
Czasami trafiam na film kompletnym przypadkiem, a potem wciągam się w niego bardziej niż w większość współczesnych, wysokobudżetowych produkcji.
Mam słabość do starego science fiction i kina klasy B. Takie filmy zwykle nie miały pieniędzy, żeby zasypać widza efektami specjalnymi, więc musiały nadrabiać czymś innym. Wiecie czym? Pomysłami!
I The Time Travelers z 1964 roku ma ich tyle, jakby twórcy bali się, że drugiego filmu już nie dostaną.
Laboratorium badawcze wygląda trochę jak kanciapa Mariusza Maxa Kolonko. Bez okien, naturalnie. Androidy sprawiają wrażenie, jakby ich kostiumy zajumano podczas włamania do sex shopu.
A jednak im dłużej oglądałem, tym mniej mi to przeszkadzało.
Bo dostajemy tutaj podróże w czasie, wojnę atomową, mutantów, podziemne miasto, androidy, teleportację, wyprawę do innego układu gwiezdnego i jeszcze pętlę czasu.
I w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: czy to naprawdę jest kiepskie kino klasy B?
Czy może po prostu bardzo fajne science fiction z lat 60., nakręcone dokładnie tak, jak pozwalały na to pieniądze i technologia tamtych czasów?
Zobacz mój materiał o The Time Travelers
Portal do roku 2071
Film wyreżyserował Ib Melchior, a do kin trafił w 1964 roku. Produkcja była niezależna, natomiast za dystrybucję odpowiadało American International Pictures — firma, która doskonale wiedziała, jak sprzedawać widzom niedrogie kino gatunkowe.
Szacowany budżet The Time Travelers wynosił około 250 tysięcy dolarów. I zdecydowanie nie były to pieniądze pozwalające zbudować przekonujący świat przyszłości.
Twórcy musieli więc kombinować.
Poznajemy grupę naukowców pracujących nad urządzeniem pozwalającym obserwować inne okresy historyczne. Maszyna nie jest jeszcze wehikułem czasu. Bardziej przypomina telewizor, w którym zamiast TVP można zobaczyć przyszłość.
Eksperyment pobiera jednak ogromne ilości prądu, więc do laboratorium zostaje wysłany technik Danny, żeby powiedzieć naukowcom, aby natychmiast wyłączyli tę cholerną maszynę.
Oczywiście nikt go nie słucha.
Urządzenie zaczyna pokazywać pustynny krajobraz. Danny podchodzi do ekranu, wyciąga rękę i odkrywa, że nie patrzy już na obraz. To przejście.
A ponieważ jest bohaterem filmu science fiction, zamiast powiedzieć: „Panowie, może najpierw przywiążmy mnie liną”, po prostu włazi do środka. Pozostali ruszają za nim. Witajcie w roku 2071.
Przyszłość nie wygląda najlepiej
Ziemia została zniszczona przez wojnę atomową. Powierzchnia planety zamieniła się w pustynię, po której biegają agresywni mutanci, a resztki ludzkiej cywilizacji ukrywają się pod ziemią.
Ludzie wiedzą już, że Ziemi nie da się uratować. Nie znaleźli również nadającego się do zamieszkania miejsca w Układzie Słonecznym.
Pozostaje więc ostatnia szansa: statek lecący w stronę Alfa Centauri.
I tutaj The Time Travelers na chwilę właściwie zapomina o fabule, ponieważ twórcy koniecznie chcą nam pokazać wszystkie pomysły, jakie udało im się wymyślić.
Są androidy. Przyspieszona produkcja żywności. Dziwne urządzenia, które migają, brzęczą i dzięki temu bez żadnych dodatkowych wyjaśnień muszą być technologią przyszłości.
I wiecie co? To ma swój urok.
Szczególnie dobra jest scena, w której androidowi zostaje zdjęta głowa, dostaje nową i po prostu odchodzi. Zamiast komputerowych efektów wykorzystano praktyczną sztuczkę przypominającą sceniczną iluzję. To właściwie najlepsze podsumowanie całego filmu.
Jeżeli nie masz pieniędzy, spróbuj oszukać widza pomysłem.
Najlepsze The Time Travelers zostawia na koniec
Podróżnicy chcieliby odlecieć razem z mieszkańcami przyszłości, ale na statku nie ma dla nich miejsca. Wszystko zostało obliczone: pasażerowie, zapasy, masa i paliwo.
Nie można po prostu dopisać czterech dodatkowych osób tylko dlatego, że przybyły z 1964 roku.
Postanawiają więc odbudować portal.
Wtedy do miasta wdzierają się mutanci, rozpoczyna się wielka bitwa, a przynajmniej tak wielka, jaką można było zrobić za takie pieniądze — i plan ucieczki w kosmos bierze w łeb.
Portal jednak działa, a bohaterowie wracają do laboratorium w 1964 roku. Udało się. I tutaj normalny film prawdopodobnie by się skończył.
Tylko że The Time Travelers nagle przypomina sobie, że jest filmem o podróżach w czasie.
Bohaterowie zauważają samych siebie. Ich wcześniejsze wersje nadal stoją w laboratorium, ale praktycznie się nie poruszają.
Okazuje się, że portal został źle ustawiony. Podróżnicy funkcjonują teraz w ogromnie przyspieszonym tempie. Dla nich mijają minuty i godziny, podczas gdy dla reszty świata czas prawie stoi.
Nie mogą zostać, ale nie mogą też wrócić do zniszczonego roku 2071. Pozostaje więc tylko jeden kierunek – ponad sto tysięcy lat w przyszłość.
Trafiają na zieloną, odrodzoną Ziemię. Są drzewa, woda i zwierzęta. Po tysiącach lat planeta w końcu wyleczyła rany pozostawione przez ludzi.
Happy end? Niezupełnie.
Film wraca do laboratorium i pokazuje wcześniejsze wersje bohaterów rozpoczynające dokładnie ten sam eksperyment.
I wtedy zaczynamy rozumieć również dziwne cienie widoczne na początku filmu.
Wydarzenia powtarzają się. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz.
Za każdym razem szybciej, jakby ktoś przewijał całą historię na kasecie VHS.
Bohaterowie zostali zamknięci w pętli czasu.
I właśnie przez ten finał zapamiętałem The Time Travelers.
Kino klasy B nie musi oznaczać złego kina
Nie będę wam teraz wmawiał, że odkryłem zapomniane arcydzieło science fiction, bo nie odkryłem.
The Time Travelers wygląda tanio. Momentami jest naiwny, nie wszystkie pomysły mają sens, a przyszłość roku 2071 zdecydowanie nie wygląda tak, jak wyobrażamy ją sobie dzisiaj.
Ale film ma coś, czego często brakuje znacznie droższym produkcjom.
Nieustanną chęć pokazania widzowi czegoś nowego.
Co kilka minut pojawia się kolejny pomysł. Nie zawsze dobry. Nie zawsze logiczny. Ale praktycznie nigdy nie jest nudno.
I chyba właśnie dlatego tak lubię stare kino science fiction klasy B.
Bo klasa B nie zawsze oznacza zły film.
Czasami oznacza po prostu film zbyt ambitny jak na własny budżet.
Produkcję, w której efekty specjalne nie nadążają za wyobraźnią twórców.
The Time Travelers dokładnie takim filmem jest.
I z wielką przyjemnością kiedyś obejrzę go ponownie.
Szybki Seans
Szybki Seans to niezależny polski serwis i kanał filmowy specjalizujący się w klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji.
Nazywam się Tomek. Wracam do kultowych i zapomnianych filmów sprzed lat i sprawdzam, jak wyglądają z perspektywy współczesnego widza — od wielkich klasyków po kino klasy B, w którym pomysły często były znacznie większe od budżetu.
[O Szybkim Seansie] • [YouTube] • [Wszystkie recenzje filmowe]


Dodaj komentarz