Kategoria: Sci-Fi

  • Event Horizon (1997). Co naprawdę było po drugiej stronie?

    Event Horizon (1997). Co naprawdę było po drugiej stronie?

    Event Horizon miał być brutalniejszy, dłuższy i znacznie bardziej przerażający. Studio jednak pocięło film; usunięty materiał w dużej części przepadł, a kinowa klapa po latach stała się kultowym horrorem science fiction. Być może jednak największą siłą Ukrytego Wymiaru jest właśnie to, czego nigdy nie zobaczyliśmy.

    Sam Neill miał w latach 90. wyjątkowe szczęście do filmów, które najpierw ponosiły porażkę, a dopiero później widzowie odkrywali, że może jednak było w nich coś wyjątkowego.

    W 1994 roku zagrał w W paszczy szaleństwa Johna Carpentera. Film nie zrobił wielkiej kariery w kinach, ale z czasem został odkryty na nowo i dziś trudno rozmawiać o kinie lovecraftowskim lat 90. bez wspomnienia o nim.

    Trzy lata później Neill zrobił to jeszcze raz.

    Event Horizon trafił do kin, zebrał kiepskie recenzje i stracił pieniądze. W dodatku studio wcześniej pocięło film tak mocno, że wersji, którą pierwotnie przygotował Paul W.S. Anderson, prawdopodobnie nigdy już nie zobaczymy.

    A potem minęło kilka lat i ludzie zaczęli odkrywać Event Horizon poza kinem. A następnie pojawiło się pytanie:

    Jakim cudem ten film był klapą?

    Nawiedzony dom w kosmosie

    Kiedy myślimy o horrorze w kosmosie, trudno nie pomyśleć o Obcym. Philip Eisner, scenarzysta Event Horizon, wychodził jednak od trochę innego pomysłu: nawiedzonego domu umieszczonego w przestrzeni kosmicznej.

    Paul W.S. Anderson chciał pójść jeszcze dalej. I dlatego Event Horizon nie jest po prostu kolejnym filmem o ludziach, którzy lecą w kosmos i spotykają potwora. Znacznie więcej ma wspólnego z Hellraiserem, Solaris i horrorem lovecraftowskim.

    Event Horizon – co naprawdę było po drugiej stronie?

    Materiał jest częścią Szybkiego Seansu — mojego cyklu o klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji oglądanym z dzisiejszej perspektywy.


    Gdzie zniknął Event Horizon?

    Statek Event Horizon miał przetestować rewolucyjny napęd pozwalający ominąć ograniczenia prędkości światła. Nie poprzez szybszy lot. Statek zagina przestrzeń, skracając drogę pomiędzy dwoma punktami. Problem polega na tym, że aby tego dokonać, na chwilę musi opuścić nasz wszechświat.

    Event Horizon właśnie to zrobił, po czym zniknął. Na siedem lat.

    Kiedy wrócił, jego załoga nie żyła. Pozostało tylko nagranie pokazujące fragmenty tego, co wydarzyło się na pokładzie.

    Bohaterowie zaczynają podejrzewać, że Event Horizon nie poleciał po prostu w inne miejsce.

    Trafił gdzieś, gdzie człowiek nigdy nie powinien trafić.

    Event Horizon miał być znacznie brutalniejszy

    Film, który oglądamy dzisiaj, trwa około 96 minut. Anderson nakręcił jednak znacznie więcej materiału.

    Nie chodziło wyłącznie o przemoc. Dłuższe były sceny rozwijające bohaterów, ale najbardziej legendarny stał się materiał pokazujący los pierwszej załogi Event Horizon.

    W gotowym filmie oglądamy go jedynie w krótkich przebłyskach.

    Pierwotnie miało być znacznie gorzej. Anderson chciał pokazać kompletny upadek człowieka: przemoc, seks, samookaleczenia i obrazy inspirowane przedstawieniami piekła. Do realizacji sekwencji zatrudniono między innymi performerów potrafiących wykonywać ekstremalne rzeczy ze swoim ciałem oraz aktorów porno. A potem film zobaczyło studio. I zaczęło ciąć. W 1997 roku do kin trafiła znacznie krótsza wersja.

    Publiczność nie dopisała. Recenzje były kiepskie. Film kosztował około 60 milionów dolarów, a w amerykańskich kinach zarobił niespełna 27 milionów. Wyglądało to na koniec historii.

    Poszukiwanie zaginionego Event Horizon

    Tutaj historia produkcji zaczyna dziwnie przypominać sam film.

    Event Horizon znika na siedem lat. Kiedy zostaje odnaleziony, wraca uszkodzony i nie wiemy dokładnie, co się z nim wydarzyło.

    Film spotkało coś podobnego. Kiedy Event Horizon zaczął zdobywać kultową publiczność, pojawiło się zainteresowanie przywróceniem materiału usuniętego przez studio.

    Problem w tym, że nikt w 1997 roku nie przypuszczał, że kinowa porażka stanie się kiedyś kultowym horrorem. Wyciętych materiałów nie zabezpieczono tak, jak zrobiono by to z czymś uznawanym za wartościowe.

    Część miała zostać później odnaleziona w magazynie w kopalni soli w Transylwanii, ale była w fatalnym stanie. Duża część pierwotnego materiału prawdopodobnie przepadła bezpowrotnie. I właśnie wtedy legenda Event Horizon zrobiła się jeszcze ciekawsza.

    Bo skoro tego materiału już nie ma, to czego właściwie nie zobaczyliśmy?

    Czy Event Horizon naprawdę trafił do piekła?

    To dla mnie najciekawsze pytanie całego filmu. Bohaterowie nazywają miejsce, do którego trafił statek, piekłem. Ale skąd właściwie wiedzą, że nim było? Nie widzimy diabła. Nie dostajemy mapy piekła ani religijnego wyjaśnienia.

    Wiemy tylko tyle, że Event Horizon opuścił nasz wymiar.

    Trafił gdzieś, po czym wrócił, a ludzie, którzy zobaczyli to miejsce, stracili rozum. I tutaj Event Horizon spotyka się z W paszczy szaleństwa. Bohater Sama Neilla w filmie Carpentera również próbuje racjonalnie zrozumieć coś, czego ludzki umysł być może nie powinien poznawać. To bardzo lovecraftowski pomysł.

    Najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka, niekoniecznie jest śmierć. Czasami znacznie gorsze jest poznanie prawdy.

    Dlaczego Event Horizon działa lepiej dzisiaj?

    Pod całą krwią i horrorem kryje się zaskakująco prosty pomysł.

    Człowiek znalazł zamknięte drzwi i zamiast zastanowić się, dlaczego są zamknięte, zbudował klucz. Doktor Weir dokonał czegoś niewiarygodnego. Zadał pytanie:

    Czy możemy tam dotrzeć?

    Nie zadał jednak drugiego:

    Co znajduje się pomiędzy?

    I właśnie to łączy Event Horizon, W paszczy szaleństwa i Lovecrafta znacznie bardziej niż potwory, krew czy macki. Ciekawość nie zawsze prowadzi do wiedzy. Czasami wiedza prowadzi do miejsca, z którego nie można już wrócić.

    Jest w tym wszystkim jeszcze jedna ironia.

    W filmie ludzie wysyłają Event Horizon w nieznane. Statek znika. Po latach wraca uszkodzony i nigdy nie dowiadujemy się dokładnie, co wydarzyło się po drugiej stronie.

    Paramount wysłał Event Horizon do kin. Film przepadł, po to tylko aby po latach powrócić jako kultowy horror.

    A kiedy zaczęliśmy szukać jego pierwotnej wersji, okazało się, że ona również w dużej mierze zniknęła.

    Być może nigdy nie dowiemy się, jak wyglądał prawdziwy Event Horizon Paula W.S. Andersona. Tak samo jak nigdy nie dowiadujemy się, co naprawdę zobaczyła pierwsza załoga statku.

    I wiecie co?

    Może właśnie dlatego prawie trzydzieści lat później nadal o nim pamiętamy.


    Szybki Seans

    Szybki Seans to niezależny polski serwis i kanał filmowy specjalizujący się w klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji.

    Nazywam się Tomek. Wracam do kultowych i zapomnianych filmów sprzed lat i sprawdzam, dlaczego po latach potrafią wyglądać zupełnie inaczej niż w dniu premiery.

    O Szybkim Seansie • YouTube • Wszystkie recenzje filmowe

  • The Time Travelers (1964)

    The Time Travelers (1964)

    Podróże w czasie, atomowa apokalipsa, mutanci, androidy, podziemne miasto i jedna z najbardziej pomysłowych pętli czasu w kinie science fiction lat 60. „The Time Travelers” wygląda tanio, momentami jest naiwny, a mimo to wciągnął mnie bardziej niż niejeden współczesny blockbuster.

    Kiedy pomysły są większe od budżetu

    Czasami trafiam na film kompletnym przypadkiem, a potem wciągam się w niego bardziej niż w większość współczesnych, wysokobudżetowych produkcji.

    Mam słabość do starego science fiction i kina klasy B. Takie filmy zwykle nie miały pieniędzy, żeby zasypać widza efektami specjalnymi, więc musiały nadrabiać czymś innym. Wiecie czym? Pomysłami!

    I The Time Travelers z 1964 roku ma ich tyle, jakby twórcy bali się, że drugiego filmu już nie dostaną.

    Laboratorium badawcze wygląda trochę jak kanciapa Mariusza Maxa Kolonko. Bez okien, naturalnie. Androidy sprawiają wrażenie, jakby ich kostiumy zajumano podczas włamania do sex shopu.

    A jednak im dłużej oglądałem, tym mniej mi to przeszkadzało.

    Bo dostajemy tutaj podróże w czasie, wojnę atomową, mutantów, podziemne miasto, androidy, teleportację, wyprawę do innego układu gwiezdnego i jeszcze pętlę czasu.

    I w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: czy to naprawdę jest kiepskie kino klasy B?

    Czy może po prostu bardzo fajne science fiction z lat 60., nakręcone dokładnie tak, jak pozwalały na to pieniądze i technologia tamtych czasów?

    Zobacz mój materiał o The Time Travelers

    Materiał jest częścią Szybkiego Seansu — mojego cyklu o klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji oglądanym z dzisiejszej perspektywy.

    Portal do roku 2071

    Film wyreżyserował Ib Melchior, a do kin trafił w 1964 roku. Produkcja była niezależna, natomiast za dystrybucję odpowiadało American International Pictures — firma, która doskonale wiedziała, jak sprzedawać widzom niedrogie kino gatunkowe.

    Szacowany budżet The Time Travelers wynosił około 250 tysięcy dolarów. I zdecydowanie nie były to pieniądze pozwalające zbudować przekonujący świat przyszłości.

    Twórcy musieli więc kombinować.

    Poznajemy grupę naukowców pracujących nad urządzeniem pozwalającym obserwować inne okresy historyczne. Maszyna nie jest jeszcze wehikułem czasu. Bardziej przypomina telewizor, w którym zamiast TVP można zobaczyć przyszłość.

    Eksperyment pobiera jednak ogromne ilości prądu, więc do laboratorium zostaje wysłany technik Danny, żeby powiedzieć naukowcom, aby natychmiast wyłączyli tę cholerną maszynę.

    Oczywiście nikt go nie słucha.

    Urządzenie zaczyna pokazywać pustynny krajobraz. Danny podchodzi do ekranu, wyciąga rękę i odkrywa, że nie patrzy już na obraz. To przejście.

    A ponieważ jest bohaterem filmu science fiction, zamiast powiedzieć: „Panowie, może najpierw przywiążmy mnie liną”, po prostu włazi do środka. Pozostali ruszają za nim. Witajcie w roku 2071.

    Przyszłość nie wygląda najlepiej

    Ziemia została zniszczona przez wojnę atomową. Powierzchnia planety zamieniła się w pustynię, po której biegają agresywni mutanci, a resztki ludzkiej cywilizacji ukrywają się pod ziemią.

    Ludzie wiedzą już, że Ziemi nie da się uratować. Nie znaleźli również nadającego się do zamieszkania miejsca w Układzie Słonecznym.

    Pozostaje więc ostatnia szansa: statek lecący w stronę Alfa Centauri.

    I tutaj The Time Travelers na chwilę właściwie zapomina o fabule, ponieważ twórcy koniecznie chcą nam pokazać wszystkie pomysły, jakie udało im się wymyślić.

    Są androidy. Przyspieszona produkcja żywności. Dziwne urządzenia, które migają, brzęczą i dzięki temu bez żadnych dodatkowych wyjaśnień muszą być technologią przyszłości.

    I wiecie co? To ma swój urok.

    Szczególnie dobra jest scena, w której androidowi zostaje zdjęta głowa, dostaje nową i po prostu odchodzi. Zamiast komputerowych efektów wykorzystano praktyczną sztuczkę przypominającą sceniczną iluzję. To właściwie najlepsze podsumowanie całego filmu.

    Jeżeli nie masz pieniędzy, spróbuj oszukać widza pomysłem.

    Najlepsze The Time Travelers zostawia na koniec

    Podróżnicy chcieliby odlecieć razem z mieszkańcami przyszłości, ale na statku nie ma dla nich miejsca. Wszystko zostało obliczone: pasażerowie, zapasy, masa i paliwo.

    Nie można po prostu dopisać czterech dodatkowych osób tylko dlatego, że przybyły z 1964 roku.

    Postanawiają więc odbudować portal.

    Wtedy do miasta wdzierają się mutanci, rozpoczyna się wielka bitwa, a przynajmniej tak wielka, jaką można było zrobić za takie pieniądze — i plan ucieczki w kosmos bierze w łeb.

    Portal jednak działa, a bohaterowie wracają do laboratorium w 1964 roku. Udało się. I tutaj normalny film prawdopodobnie by się skończył.

    Tylko że The Time Travelers nagle przypomina sobie, że jest filmem o podróżach w czasie.

    Bohaterowie zauważają samych siebie. Ich wcześniejsze wersje nadal stoją w laboratorium, ale praktycznie się nie poruszają.

    Okazuje się, że portal został źle ustawiony. Podróżnicy funkcjonują teraz w ogromnie przyspieszonym tempie. Dla nich mijają minuty i godziny, podczas gdy dla reszty świata czas prawie stoi.

    Nie mogą zostać, ale nie mogą też wrócić do zniszczonego roku 2071. Pozostaje więc tylko jeden kierunek – ponad sto tysięcy lat w przyszłość.

    Trafiają na zieloną, odrodzoną Ziemię. Są drzewa, woda i zwierzęta. Po tysiącach lat planeta w końcu wyleczyła rany pozostawione przez ludzi.

    Happy end? Niezupełnie.

    Film wraca do laboratorium i pokazuje wcześniejsze wersje bohaterów rozpoczynające dokładnie ten sam eksperyment.

    I wtedy zaczynamy rozumieć również dziwne cienie widoczne na początku filmu.

    Wydarzenia powtarzają się. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz.

    Za każdym razem szybciej, jakby ktoś przewijał całą historię na kasecie VHS.

    Bohaterowie zostali zamknięci w pętli czasu.

    I właśnie przez ten finał zapamiętałem The Time Travelers.

    Kino klasy B nie musi oznaczać złego kina

    Nie będę wam teraz wmawiał, że odkryłem zapomniane arcydzieło science fiction, bo nie odkryłem.

    The Time Travelers wygląda tanio. Momentami jest naiwny, nie wszystkie pomysły mają sens, a przyszłość roku 2071 zdecydowanie nie wygląda tak, jak wyobrażamy ją sobie dzisiaj.

    Ale film ma coś, czego często brakuje znacznie droższym produkcjom.

    Nieustanną chęć pokazania widzowi czegoś nowego.

    Co kilka minut pojawia się kolejny pomysł. Nie zawsze dobry. Nie zawsze logiczny. Ale praktycznie nigdy nie jest nudno.

    I chyba właśnie dlatego tak lubię stare kino science fiction klasy B.

    Bo klasa B nie zawsze oznacza zły film.

    Czasami oznacza po prostu film zbyt ambitny jak na własny budżet.

    Produkcję, w której efekty specjalne nie nadążają za wyobraźnią twórców.

    The Time Travelers dokładnie takim filmem jest.

    I z wielką przyjemnością kiedyś obejrzę go ponownie.


    Szybki Seans

    Szybki Seans to niezależny polski serwis i kanał filmowy specjalizujący się w klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji.

    Nazywam się Tomek. Wracam do kultowych i zapomnianych filmów sprzed lat i sprawdzam, jak wyglądają z perspektywy współczesnego widza — od wielkich klasyków po kino klasy B, w którym pomysły często były znacznie większe od budżetu.

    [O Szybkim Seansie] • [YouTube] • [Wszystkie recenzje filmowe]

  • Obcy (1979). Dlaczego Ellen Ripley wciąż jest wzorem silnej bohaterki?

    Obcy (1979). Dlaczego Ellen Ripley wciąż jest wzorem silnej bohaterki?

    Podobno mężczyźni boją się silnych kobiet. Przynajmniej takie można czasem odnieść wrażenie, słuchając dyskusji o współczesnym kinie. Nie podoba wam się Rey ze Star Wars albo kolejna drobna bohaterka bez większego problemu rzucająca po ścianach dwa razy większymi facetami? No cóż, widocznie nie potraficie zaakceptować silnej kobiety.

    Z tą teorią jest tylko jeden problem. Nazywa się Ellen Ripley.

    Niedawno, po wielu latach, ponownie obejrzałem Obcego i pierwsze, co mnie uderzyło, to jak cholernie dobrze ten film się zestarzał. Zdjęcia nadal wyglądają fenomenalnie, Nostromo jest jednym z najlepszych filmowych statków, jakie kiedykolwiek powstały, a sam Obcy nadal jest przerażający.

    Ale przede wszystkim świetnie napisani są ludzie.

    Załoga Nostromo nie składa się z bohaterów, którzy czekają na swoją wielką misję. To pracownicy. Martwią się o pieniądze, narzekają, kłócą się i chcą wrócić do domu. Sam Nostromo bardziej niż futurystyczny statek przypomina brudną fabrykę. Są rury, para, ciasne korytarze i sprzęt, który wygląda, jakby od dawna prosił się o wymianę.

    I właśnie w tym świecie poznajemy Ripley.

    Silna nie znaczy niezniszczalna

    Materiał jest częścią Szybkiego Seansu — mojego cyklu o klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji oglądanym z dzisiejszej perspektywy.

    Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Ripley jest tak lubiana?

    Przecież w pierwszym Alienie nie jest jeszcze bohaterką kina akcji. Nie ma supermocy i nie okazuje się nagle silniejsza od wszystkich dookoła. Czasami się boi, ale jest rozsądna, stanowcza i potrafi myśleć pod presją.

    Obcy jest od niej szybszy, silniejszy i w bezpośrednim starciu Ripley nie ma z nim najmniejszych szans. Jej siła nie polega więc na tym, że potrafi go pokonać. Polega na tym, że wie, że nie może go pokonać, a mimo to próbuje przeżyć.

    To niby drobna różnica, ale moim zdaniem właśnie tutaj współczesne kino czasem się wykłada. Silna postać i potężna postać to nie jest to samo.

    Co więcej, film nie musi robić idiotów z mężczyzn, żeby Ripley wyglądała przy nich lepiej. Dallas, Parker czy Brett mają własne charaktery i motywacje. Ripley nie dostaje siły ich kosztem.

    Film po prostu pozwala nam samym zauważyć, że jest kompetentna.

    A może Obcy wcale nie jest najgorszym potworem?

    Jest jeszcze Ash i korporacja stojąca za całą misją. Kiedy odkrywamy prawdę, okazuje się, że sprowadzenie obcej formy życia jest ważniejsze od bezpieczeństwa załogi.

    I tutaj Alien robi się jeszcze ciekawszy.

    Obcy zabija, bo taka jest jego natura. Korporacja natomiast świadomie wysyła ludzi na śmierć, bo być może uda się na tym coś zyskać.

    Prawie pięćdziesiąt lat później ten element filmu wcale nie wydaje się mniej aktualny.

    W finale Ripley nie próbuje więc zostać bohaterką. Plan jest znacznie rozsądniejszy: wysadzić Nostromo i spierdalać.

    Sam zrobiłbym dokładnie to samo.

    Ostatecznie zostaje sama. No, prawie sama, bo jest jeszcze Jones. I oczywiście wraca po kota. Czy to rozsądne? Niekoniecznie. Ale jest ludzkie. I właśnie takich drobiazgów współczesnym bohaterom czasem brakuje.

    Kiedy okazuje się, że Obcy dostał się również do promu, Ripley nadal nie zamienia się w superbohaterkę. Nie staje przed ksenomorfem i nie spuszcza mu wpierdolu. Wygrywa, bo wykorzystuje to, co ma, myśli i improwizuje.

    I dlatego prawie pięćdziesiąt lat później nadal ją pamiętamy.

    Ellen Ripley nie jest świetną postacią dlatego, że nie ma słabości. Jest świetną postacią właśnie dlatego, że je ma.

    Boi się. Popełnia błędy. Jest fizycznie słabsza od przeciwnika. A kiedy przychodzi moment próby, mimo wszystko działa.

    Może więc problem nigdy nie polegał na tym, że widzowie nie lubią silnych kobiet. W końcu uwielbiają Ripley. Uwielbiają Sarę Connor.

    Problem zaczyna się wtedy, kiedy scenariusz myli siłę z brakiem słabości.

    Bo postać bez słabości nie jest automatycznie silna.

    Często jest po prostu nudna.

    A Obcy z 1979 roku? Nadal nie mówi nam, co mamy myśleć o Ripley. Nie tłumaczy, że jest silna. Nie zatrzymuje filmu, żeby wygłosić na ten temat przemowę.

    Po prostu pozwala nam samym to zauważyć.

    I może właśnie dlatego film sprzed prawie pięćdziesięciu lat pod pewnymi względami nadal wydaje się dojrzalszy od kina z 2026 roku.


    Szybki Seans

    Szybki Seans to niezależny polski serwis i kanał filmowy specjalizujący się w klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji.

    Nazywam się Tomek. Wracam do kultowych i zapomnianych filmów sprzed lat, analizując je z perspektywy współczesnego widza. Szczególnie interesują mnie filmy, które przewidywały przyszłość, komentowały zmiany społeczne i po kilkudziesięciu latach nabrały zupełnie nowego znaczenia.

    [O Szybkim Seansie] • [YouTube] • [Wszystkie recenzje filmowe]

  • Brazil

    Brazil

    Najbardziej przerażające w Brazil nie jest to, że system jest wszechmocny. Najbardziej przerażające jest to, że jest kompletnie niekompetentny.

    Przez zwykłą literówkę niewinny człowiek zostaje aresztowany, torturowany i zabity. Nikt jednak nie jest winny. Dokument się zgadzał, pieczątka była, procedura została wykonana. Problemem nie jest nawet śmierć człowieka, tylko źle wystawiony rachunek, który trzeba skorygować.

    I właśnie dlatego antyutopia Gilliama tak dobrze działa. Tutaj nie ma genialnego Wielkiego Brata rozgrywającego szachy 5D. Są urzędnicy, formularze, procedury i ludzie, którzy tylko wykonują swoją pracę. System właściwie nie działa, a mimo to ma wystarczająco dużo władzy, żeby zniszczyć ci życie.

    Kapitalna jest również technologia. Maszyny stworzone, żeby ułatwiać życie, bez przerwy je komplikują. Komputery produkują góry papieru, ogromne rury przebiegają przez eleganckie mieszkania, a każde rozwiązanie tworzy trzy kolejne problemy. To przyszłość dobudowana do przeszłości za pomocą taśmy klejącej.

    Brazil jednak nie jest idealny. Jest za troszkę za długi, chaotyczny i momentami równie przeładowany jak świat, który wyśmiewa. A romans jest znacznie mniej interesujący niż satyra na biurokrację.

    Ale za to finał jest znakomity.

    Sam ostatecznie ucieka systemowi. Tyle że jedynym miejscem, do którego system nie może za nim wejść, okazuje się jego własny, zniszczony umysł.

    Brazil nie przewidział przyszłości. Gilliam wziął absurdy, które istniały już w 1985 roku, i doprowadził je do ekstremum.

    Problem w tym, że czterdzieści lat później niektóre z nich nie wydają się już aż tak ekstremalne…

  • Strange Days

    Strange Days

    Strange Days to jeden z tych filmów, które w 1995 roku wyglądały jak science fiction, a dzisiaj ogląda się trochę inaczej.

    Los Angeles, ostatnie dni 1999 roku. Istnieje technologia pozwalająca nagrywać ludzkie doświadczenia. Nie tylko obraz i dźwięk, ale również emocje i doznania, a następnie przeżywać je tak, jakby były naszymi własnymi.

    I oczywiście ludzie bardzo szybko znajdują dla niej najgorsze możliwe zastosowania.

    Na czarnym rynku można kupić cudze wspomnienia, seks, napady, strach czy śmierć. Lenny Nero handluje właśnie takimi nagraniami, a sam jest uzależniony od własnej przeszłości, którą może odtwarzać bez końca.

    Brzmi znajomo?

    Oglądając Strange Days po Cyberpunku 2077, trudno nie pomyśleć o Brain Dance. Tyle że film Kathryn Bigelow i Jamesa Camerona powstał ćwierć wieku wcześniej.

    I właśnie technologia jest dla mnie najciekawszym elementem filmu. Bo Strange Days zadaje pytanie, które z czasem stało się jeszcze bardziej aktualne: jeżeli możemy doświadczać życia innych ludzi bez ponoszenia jego konsekwencji, to jak długo potrwa, zanim cudze doświadczenia staną się po prostu kolejnym produktem?

    Film nie jest idealny. Jest za długi, momentami chaotyczny i próbuje zmieścić w sobie cyberpunk, noir, thriller, romans i komentarz społeczny naraz.

    Ale ma pomysły, klimat i brudną wizję przyszłości, której wielu współczesnym produkcjom zwyczajnie brakuje.

    W 1995 roku Strange Days poniosło finansową klęskę.

    Dzisiaj zasługuje na drugie życie.