Kategoria: Horrory

  • Event Horizon (1997). Co naprawdę było po drugiej stronie?

    Event Horizon (1997). Co naprawdę było po drugiej stronie?

    Event Horizon miał być brutalniejszy, dłuższy i znacznie bardziej przerażający. Studio jednak pocięło film; usunięty materiał w dużej części przepadł, a kinowa klapa po latach stała się kultowym horrorem science fiction. Być może jednak największą siłą Ukrytego Wymiaru jest właśnie to, czego nigdy nie zobaczyliśmy.

    Sam Neill miał w latach 90. wyjątkowe szczęście do filmów, które najpierw ponosiły porażkę, a dopiero później widzowie odkrywali, że może jednak było w nich coś wyjątkowego.

    W 1994 roku zagrał w W paszczy szaleństwa Johna Carpentera. Film nie zrobił wielkiej kariery w kinach, ale z czasem został odkryty na nowo i dziś trudno rozmawiać o kinie lovecraftowskim lat 90. bez wspomnienia o nim.

    Trzy lata później Neill zrobił to jeszcze raz.

    Event Horizon trafił do kin, zebrał kiepskie recenzje i stracił pieniądze. W dodatku studio wcześniej pocięło film tak mocno, że wersji, którą pierwotnie przygotował Paul W.S. Anderson, prawdopodobnie nigdy już nie zobaczymy.

    A potem minęło kilka lat i ludzie zaczęli odkrywać Event Horizon poza kinem. A następnie pojawiło się pytanie:

    Jakim cudem ten film był klapą?

    Nawiedzony dom w kosmosie

    Kiedy myślimy o horrorze w kosmosie, trudno nie pomyśleć o Obcym. Philip Eisner, scenarzysta Event Horizon, wychodził jednak od trochę innego pomysłu: nawiedzonego domu umieszczonego w przestrzeni kosmicznej.

    Paul W.S. Anderson chciał pójść jeszcze dalej. I dlatego Event Horizon nie jest po prostu kolejnym filmem o ludziach, którzy lecą w kosmos i spotykają potwora. Znacznie więcej ma wspólnego z Hellraiserem, Solaris i horrorem lovecraftowskim.

    Event Horizon – co naprawdę było po drugiej stronie?

    Materiał jest częścią Szybkiego Seansu — mojego cyklu o klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji oglądanym z dzisiejszej perspektywy.


    Gdzie zniknął Event Horizon?

    Statek Event Horizon miał przetestować rewolucyjny napęd pozwalający ominąć ograniczenia prędkości światła. Nie poprzez szybszy lot. Statek zagina przestrzeń, skracając drogę pomiędzy dwoma punktami. Problem polega na tym, że aby tego dokonać, na chwilę musi opuścić nasz wszechświat.

    Event Horizon właśnie to zrobił, po czym zniknął. Na siedem lat.

    Kiedy wrócił, jego załoga nie żyła. Pozostało tylko nagranie pokazujące fragmenty tego, co wydarzyło się na pokładzie.

    Bohaterowie zaczynają podejrzewać, że Event Horizon nie poleciał po prostu w inne miejsce.

    Trafił gdzieś, gdzie człowiek nigdy nie powinien trafić.

    Event Horizon miał być znacznie brutalniejszy

    Film, który oglądamy dzisiaj, trwa około 96 minut. Anderson nakręcił jednak znacznie więcej materiału.

    Nie chodziło wyłącznie o przemoc. Dłuższe były sceny rozwijające bohaterów, ale najbardziej legendarny stał się materiał pokazujący los pierwszej załogi Event Horizon.

    W gotowym filmie oglądamy go jedynie w krótkich przebłyskach.

    Pierwotnie miało być znacznie gorzej. Anderson chciał pokazać kompletny upadek człowieka: przemoc, seks, samookaleczenia i obrazy inspirowane przedstawieniami piekła. Do realizacji sekwencji zatrudniono między innymi performerów potrafiących wykonywać ekstremalne rzeczy ze swoim ciałem oraz aktorów porno. A potem film zobaczyło studio. I zaczęło ciąć. W 1997 roku do kin trafiła znacznie krótsza wersja.

    Publiczność nie dopisała. Recenzje były kiepskie. Film kosztował około 60 milionów dolarów, a w amerykańskich kinach zarobił niespełna 27 milionów. Wyglądało to na koniec historii.

    Poszukiwanie zaginionego Event Horizon

    Tutaj historia produkcji zaczyna dziwnie przypominać sam film.

    Event Horizon znika na siedem lat. Kiedy zostaje odnaleziony, wraca uszkodzony i nie wiemy dokładnie, co się z nim wydarzyło.

    Film spotkało coś podobnego. Kiedy Event Horizon zaczął zdobywać kultową publiczność, pojawiło się zainteresowanie przywróceniem materiału usuniętego przez studio.

    Problem w tym, że nikt w 1997 roku nie przypuszczał, że kinowa porażka stanie się kiedyś kultowym horrorem. Wyciętych materiałów nie zabezpieczono tak, jak zrobiono by to z czymś uznawanym za wartościowe.

    Część miała zostać później odnaleziona w magazynie w kopalni soli w Transylwanii, ale była w fatalnym stanie. Duża część pierwotnego materiału prawdopodobnie przepadła bezpowrotnie. I właśnie wtedy legenda Event Horizon zrobiła się jeszcze ciekawsza.

    Bo skoro tego materiału już nie ma, to czego właściwie nie zobaczyliśmy?

    Czy Event Horizon naprawdę trafił do piekła?

    To dla mnie najciekawsze pytanie całego filmu. Bohaterowie nazywają miejsce, do którego trafił statek, piekłem. Ale skąd właściwie wiedzą, że nim było? Nie widzimy diabła. Nie dostajemy mapy piekła ani religijnego wyjaśnienia.

    Wiemy tylko tyle, że Event Horizon opuścił nasz wymiar.

    Trafił gdzieś, po czym wrócił, a ludzie, którzy zobaczyli to miejsce, stracili rozum. I tutaj Event Horizon spotyka się z W paszczy szaleństwa. Bohater Sama Neilla w filmie Carpentera również próbuje racjonalnie zrozumieć coś, czego ludzki umysł być może nie powinien poznawać. To bardzo lovecraftowski pomysł.

    Najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka, niekoniecznie jest śmierć. Czasami znacznie gorsze jest poznanie prawdy.

    Dlaczego Event Horizon działa lepiej dzisiaj?

    Pod całą krwią i horrorem kryje się zaskakująco prosty pomysł.

    Człowiek znalazł zamknięte drzwi i zamiast zastanowić się, dlaczego są zamknięte, zbudował klucz. Doktor Weir dokonał czegoś niewiarygodnego. Zadał pytanie:

    Czy możemy tam dotrzeć?

    Nie zadał jednak drugiego:

    Co znajduje się pomiędzy?

    I właśnie to łączy Event Horizon, W paszczy szaleństwa i Lovecrafta znacznie bardziej niż potwory, krew czy macki. Ciekawość nie zawsze prowadzi do wiedzy. Czasami wiedza prowadzi do miejsca, z którego nie można już wrócić.

    Jest w tym wszystkim jeszcze jedna ironia.

    W filmie ludzie wysyłają Event Horizon w nieznane. Statek znika. Po latach wraca uszkodzony i nigdy nie dowiadujemy się dokładnie, co wydarzyło się po drugiej stronie.

    Paramount wysłał Event Horizon do kin. Film przepadł, po to tylko aby po latach powrócić jako kultowy horror.

    A kiedy zaczęliśmy szukać jego pierwotnej wersji, okazało się, że ona również w dużej mierze zniknęła.

    Być może nigdy nie dowiemy się, jak wyglądał prawdziwy Event Horizon Paula W.S. Andersona. Tak samo jak nigdy nie dowiadujemy się, co naprawdę zobaczyła pierwsza załoga statku.

    I wiecie co?

    Może właśnie dlatego prawie trzydzieści lat później nadal o nim pamiętamy.


    Szybki Seans

    Szybki Seans to niezależny polski serwis i kanał filmowy specjalizujący się w klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji.

    Nazywam się Tomek. Wracam do kultowych i zapomnianych filmów sprzed lat i sprawdzam, dlaczego po latach potrafią wyglądać zupełnie inaczej niż w dniu premiery.

    O Szybkim Seansie • YouTube • Wszystkie recenzje filmowe

  • Obcy (1979). Dlaczego Ellen Ripley wciąż jest wzorem silnej bohaterki?

    Obcy (1979). Dlaczego Ellen Ripley wciąż jest wzorem silnej bohaterki?

    Podobno mężczyźni boją się silnych kobiet. Przynajmniej takie można czasem odnieść wrażenie, słuchając dyskusji o współczesnym kinie. Nie podoba wam się Rey ze Star Wars albo kolejna drobna bohaterka bez większego problemu rzucająca po ścianach dwa razy większymi facetami? No cóż, widocznie nie potraficie zaakceptować silnej kobiety.

    Z tą teorią jest tylko jeden problem. Nazywa się Ellen Ripley.

    Niedawno, po wielu latach, ponownie obejrzałem Obcego i pierwsze, co mnie uderzyło, to jak cholernie dobrze ten film się zestarzał. Zdjęcia nadal wyglądają fenomenalnie, Nostromo jest jednym z najlepszych filmowych statków, jakie kiedykolwiek powstały, a sam Obcy nadal jest przerażający.

    Ale przede wszystkim świetnie napisani są ludzie.

    Załoga Nostromo nie składa się z bohaterów, którzy czekają na swoją wielką misję. To pracownicy. Martwią się o pieniądze, narzekają, kłócą się i chcą wrócić do domu. Sam Nostromo bardziej niż futurystyczny statek przypomina brudną fabrykę. Są rury, para, ciasne korytarze i sprzęt, który wygląda, jakby od dawna prosił się o wymianę.

    I właśnie w tym świecie poznajemy Ripley.

    Silna nie znaczy niezniszczalna

    Materiał jest częścią Szybkiego Seansu — mojego cyklu o klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji oglądanym z dzisiejszej perspektywy.

    Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Ripley jest tak lubiana?

    Przecież w pierwszym Alienie nie jest jeszcze bohaterką kina akcji. Nie ma supermocy i nie okazuje się nagle silniejsza od wszystkich dookoła. Czasami się boi, ale jest rozsądna, stanowcza i potrafi myśleć pod presją.

    Obcy jest od niej szybszy, silniejszy i w bezpośrednim starciu Ripley nie ma z nim najmniejszych szans. Jej siła nie polega więc na tym, że potrafi go pokonać. Polega na tym, że wie, że nie może go pokonać, a mimo to próbuje przeżyć.

    To niby drobna różnica, ale moim zdaniem właśnie tutaj współczesne kino czasem się wykłada. Silna postać i potężna postać to nie jest to samo.

    Co więcej, film nie musi robić idiotów z mężczyzn, żeby Ripley wyglądała przy nich lepiej. Dallas, Parker czy Brett mają własne charaktery i motywacje. Ripley nie dostaje siły ich kosztem.

    Film po prostu pozwala nam samym zauważyć, że jest kompetentna.

    A może Obcy wcale nie jest najgorszym potworem?

    Jest jeszcze Ash i korporacja stojąca za całą misją. Kiedy odkrywamy prawdę, okazuje się, że sprowadzenie obcej formy życia jest ważniejsze od bezpieczeństwa załogi.

    I tutaj Alien robi się jeszcze ciekawszy.

    Obcy zabija, bo taka jest jego natura. Korporacja natomiast świadomie wysyła ludzi na śmierć, bo być może uda się na tym coś zyskać.

    Prawie pięćdziesiąt lat później ten element filmu wcale nie wydaje się mniej aktualny.

    W finale Ripley nie próbuje więc zostać bohaterką. Plan jest znacznie rozsądniejszy: wysadzić Nostromo i spierdalać.

    Sam zrobiłbym dokładnie to samo.

    Ostatecznie zostaje sama. No, prawie sama, bo jest jeszcze Jones. I oczywiście wraca po kota. Czy to rozsądne? Niekoniecznie. Ale jest ludzkie. I właśnie takich drobiazgów współczesnym bohaterom czasem brakuje.

    Kiedy okazuje się, że Obcy dostał się również do promu, Ripley nadal nie zamienia się w superbohaterkę. Nie staje przed ksenomorfem i nie spuszcza mu wpierdolu. Wygrywa, bo wykorzystuje to, co ma, myśli i improwizuje.

    I dlatego prawie pięćdziesiąt lat później nadal ją pamiętamy.

    Ellen Ripley nie jest świetną postacią dlatego, że nie ma słabości. Jest świetną postacią właśnie dlatego, że je ma.

    Boi się. Popełnia błędy. Jest fizycznie słabsza od przeciwnika. A kiedy przychodzi moment próby, mimo wszystko działa.

    Może więc problem nigdy nie polegał na tym, że widzowie nie lubią silnych kobiet. W końcu uwielbiają Ripley. Uwielbiają Sarę Connor.

    Problem zaczyna się wtedy, kiedy scenariusz myli siłę z brakiem słabości.

    Bo postać bez słabości nie jest automatycznie silna.

    Często jest po prostu nudna.

    A Obcy z 1979 roku? Nadal nie mówi nam, co mamy myśleć o Ripley. Nie tłumaczy, że jest silna. Nie zatrzymuje filmu, żeby wygłosić na ten temat przemowę.

    Po prostu pozwala nam samym to zauważyć.

    I może właśnie dlatego film sprzed prawie pięćdziesięciu lat pod pewnymi względami nadal wydaje się dojrzalszy od kina z 2026 roku.


    Szybki Seans

    Szybki Seans to niezależny polski serwis i kanał filmowy specjalizujący się w klasycznym science fiction, horrorze i kinie akcji.

    Nazywam się Tomek. Wracam do kultowych i zapomnianych filmów sprzed lat, analizując je z perspektywy współczesnego widza. Szczególnie interesują mnie filmy, które przewidywały przyszłość, komentowały zmiany społeczne i po kilkudziesięciu latach nabrały zupełnie nowego znaczenia.

    [O Szybkim Seansie] • [YouTube] • [Wszystkie recenzje filmowe]

  • W Paszczy Szaleństwa

    W Paszczy Szaleństwa

    W Paszczy Szaleństwa zaczyna się jak historia o zaginionym pisarzu, a kończy pytaniem, czy cokolwiek, co właśnie obejrzeliśmy, było w ogóle prawdziwe.

    John Trent jest idealnym bohaterem takiej historii. To cynik i sceptyk, zawodowo zajmujący się wykrywaniem oszustw. Nie wierzy w duchy, potwory ani zjawiska paranormalne. Przede wszystkim nie wierzy ludziom. A potem trafia do miejsca, które nie powinno istnieć, i krok po kroku odkrywa, że rzeczywistość może być czymś znacznie mniej trwałym, niż mu się wydawało.

    Carpenter bierze tutaj lovecraftowski horror i robi z nim coś kapitalnego. Potwory nie potrzebują portalu do naszego świata. Nie potrzebują armii ani żadnego wielkiego rytuału. Potrzebują… wydawcy.

    Im więcej ludzi czyta książki Suttera Cane’a, tym więcej osób wierzy w opisany przez niego świat. A im więcej ludzi w niego wierzy, tym bardziej staje się on prawdziwy. Koniec świata może więc nadejść nie dlatego, że ktoś otworzył bramy piekła, ale dlatego, że książka świetnie się sprzedała.

    Najbardziej podoba mi się jednak to, co film robi z samym Trentem. Przez większość historii próbuje udowodnić, że ktoś robi go w konia. Problem w tym, że każda jego decyzja, każda próba ucieczki i każdy kolejny krok mogły zostać wcześniej napisane. Gdzie więc kończy się wolna wola, a zaczyna historia, której jesteśmy tylko bohaterami?

    Sam Neill świetnie pokazuje przemianę człowieka absolutnie przekonanego o własnym racjonalizmie w kogoś, komu rzeczywistość dosłownie usuwa się spod nóg.

    A finał w kinie jest znakomity. Trent oglądający film o własnym życiu i w końcu rozumiejący, że nigdy nie próbował wydostać się z historii – bo od początku był jej częścią.